Poniedziałek, 2 listopada 2026 RSS
Kino

Tarantino napisał, Fincher nakręcił. Cliff Booth wraca do kin przez cudze ręce

„Dalsze perypetie Cliffa Bootha” to film, którego autor scenariusza nie chciał reżyserować, a reżyser, według doniesień, pokłócił się o niego z Netfliksem. 25 listopada trafi na dwa tygodnie do kin IMAX, także w Polsce.

Piotr Olszewski

· 6 min czytania

Nine Inch Nails w Aragon Ballroom w Chicago w 2018 roku. Trent Reznor i Atticus Ross, poza zespołem, piszą muzykę do wszystkich filmów Finchera od 2010 roku · Fot. swimfinfan / Wikimedia Commons, CC BY-SA 2.0

W piątek 23 października w Chinese Theatre w Hollywood skończył się pokaz „Pewnego razu... w Hollywood”, a Quentin Tarantino siedział na scenie i odpowiadał na pytania. Gdy prowadząca spytała o nowy film z Cliffem Boothem, reżyser postawił salę przed wyborem: może trochę o nim opowiedzieć albo pokazać pierwsze 17 minut. Publiczność wybrała oczywiście drugie. Tarantino pokazywał wtedy coś, czego sam nie wyreżyserował. Jego scenariusz przeniósł na ekran David Fincher i, jak przyznał Tarantino, był to pierwszy raz, kiedy sam oglądał ten film w IMAX.

Ten moment dobrze streszcza całą historię. „Dalsze perypetie Cliffa Bootha” (w oryginale „The Further Mis-Adventures of Cliff Booth”) to film złożony z ludzi, którzy według dotychczasowych reguł Hollywood nie powinni pracować razem. Tarantino odstąpił postać, za którą Brad Pitt w 2020 roku dostał Oscara, reżyserowi, którego styl jest niemal przeciwieństwem jego własnego. Zapłacił Netflix, który potem nie dał Fincherowi tyle, ile ten chciał. W tle grają Trent Reznor i Atticus Ross, jedyni w tej układance, którzy z Fincherem rozumieją się bez słów.

Quentin Tarantino na Comic-Conie w San Diego w 2015 roku. Ma za sobą dziewięć filmów, a do dziesiątego, ostatniego, szuka materiału, którego jeszcze nie zna
Quentin Tarantino na Comic-Conie w San Diego w 2015 roku. Ma za sobą dziewięć filmów, a do dziesiątego, ostatniego, szuka materiału, którego jeszcze nie zna Fot. Gage Skidmore / Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0

Scenariusz, który znudził autora

Tarantino od lat zapowiada, że nakręci dziesięć filmów i skończy. „Pewnego razu... w Hollywood” z 2019 roku było dziewiątym, więc każdy jego ruch traktuje się jak przymiarkę do pożegnania. W marcu 2023 roku ogłosił, że ostatnim filmem będzie „The Movie Critic”, historia recenzenta w Kalifornii z 1977 roku. Rok później z niego zrezygnował. Z tamtego okresu i tamtej scenerii wyrósł jednak inny tekst: dalsze losy Cliffa Bootha, kaskadera, który w finale „Pewnego razu...” rozprawił się z bandą Mansona.

Problem polegał na tym, że autor stracił do niego serce. W sierpniu 2025 roku tłumaczył w podkaście „The Church of Tarantino”, że kocha ten scenariusz, ale chodzi w nim po ziemi, którą już przeszedł. „Przy ostatnim filmie muszę znowu nie wiedzieć, co robię” - mówił. Tekst mógł trafić do szuflady, gdyby nie Brad Pitt. To on zaniósł go Fincherowi, z którym zrobił wcześniej „Siedem”, „Podziemny krąg” i „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”. Na początku kwietnia 2025 roku scenariusz kupił Netflix, z którym Fincher był wtedy związany umową na wyłączność.

Trudno o dwóch reżyserów bardziej od siebie odległych. Tarantino pisze długie, gadane sceny, w których bohaterowie mogą kwadrans rozmawiać o niczym, i sam mówi, że lubi w kinie po prostu „przebywać” z postaciami. Fincher słynie z dziesiątek dubli, chłodnej, wyliczonej kamery i montażu, w którym nie ma zbędnej klatki. Tarantino nazwał oddany tekst „gigantyczną powieścią zapisaną w formie scenariusza”, którą Fincher miał skurczyć. Fincher w rozmowie z „Empire” policzył dokładnie: pierwsza wersja, którą przeczytał, miała 230 stron. „To były w zasadzie dwa filmy”. Z gotowego filmu zostało 141 minut.

David Fincher w Cinémathèque française w październiku 2023 roku. Pierwszy raz kręcił film na podstawie scenariusza Tarantino
David Fincher w Cinémathèque française w październiku 2023 roku. Pierwszy raz kręcił film na podstawie scenariusza Tarantino Fot. ManoSolo13241324 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Lato 1977, cudze przysługi

Akcja dzieje się w Los Angeles w 1977 roku, osiem lat po wydarzeniach z „Pewnego razu...”. Netflix opisuje Cliffa jako kaskadera od czasu do czasu, który na boku wykonuje dorywcze prace i niebezpieczne przysługi. Hasło na plakatach brzmi: morderstwo, szantaż, kradzież, wymuszenie, czyli zwykłe lato w Hollywood. Booth trafia do świata Charliego Petersa, wielkiej gwiazdy telewizji, którego gra Scott Caan. Poznaje jego żonę Toni (Carla Gugino), agentkę Karen Crosby (Elizabeth Debicki) i Roderica „Hot Roda” Harrisona, mistrza futbolu, który został gwiazdą ekranu (Yahya Abdul-Mateen II). Są też gangsterzy, bracia Verdusco. Z pierwszej części wraca Timothy Olyphant jako aktor James Stacy, w obsadzie jest również Peter Weller.

Fincher opowiadał, że spodobała mu się w tym tekście konstrukcja „opowieści przy ognisku”, w której nie chodzi tyle o fabułę, co o to, jak zderzają się ze sobą jej uczestnicy. Tarantino przyznał zaś na AFI Fest, że musiał nadać historii bardziej osobisty charakter, „bo znam tego faceta”. Leonardo DiCaprio, czyli Rick Dalton z pierwszej części, w nowym filmie się nie pojawi. Sam to potwierdził.

Brad Pitt na premierze „Pewnego razu... w Hollywood” w lipcu 2019 roku. Rola Cliffa Bootha przyniosła mu Oscara za drugi plan, a teraz to on doprowadził do kontynuacji
Brad Pitt na premierze „Pewnego razu... w Hollywood” w lipcu 2019 roku. Rola Cliffa Bootha przyniosła mu Oscara za drugi plan, a teraz to on doprowadził do kontynuacji Fot. Glenn Francis (Toglenn) / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0

Dwieście milionów i kilka dni dokrętek

Zdjęcia ruszyły pod koniec lipca 2025 roku w Long Beach, Huntington Beach i w Highland Park, gdzie wokół starego kina Highland Theatre zbudowano witryny sklepów z lat 70. Budżet Tarantino szacował w podkaście na około 200 mln dolarów i nazwał to filmem z budżetem „o sto milionów większym” niż jakikolwiek, przy którym pracował. Za takie pieniądze kino w rodzaju „Pewnego razu...”, czyli dorosły dramat bez superbohaterów, prawie nie powstaje w tradycyjnym systemie.

Pieniądze szybko jednak przestały wystarczać. Latem 2026 roku film ominął festiwal w Wenecji, a dyrektor festiwalu Alberto Barbera wyjaśniał, że reżyser z osobistych powodów wstrzymał pracę. W sierpniu wyszło na jaw, że Fincher chce poważnych dokrętek. Jak donosił Jeff Sneider w swoim newsletterze, Netflix nie zgodził się na drugi, długi okres zdjęciowy i przystał tylko na kilka dni z Pittem, z odbudową części dużych dekoracji. Operator Erik Messerschmidt był już zajęty przy „The Batman: Part II”, więc za kamerą stanął Jeff Cronenweth, stary współpracownik Finchera z „Podziemnego kręgu” i „The Social Network”.

30 września poinformowano, że Fincher nie przedłuży umowy na wyłączność z Netfliksem, która wygasa w 2027 roku. Platforma zawdzięcza mu „House of Cards” z 2013 roku, jeden z pierwszych własnych seriali, którymi zbudowała swoją markę, a także „Mindhuntera”, „Manka” i „Zabójcę”. Według Tatiany Siegel z „Page Six Hollywood” powodem był konflikt o pieniądze z szefem działu filmowego Danem Linem. To pierwszy film Finchera, który przeszedł przez ręce Lina, bo „Mank” i „Zabójca” powstały przed jego przyjściem w 2024 roku.

Rezerwacja na dwa tygodnie

Od tej historii nie da się oddzielić sposobu, w jaki film trafi do widzów. To pierwsza produkcja Netfliksa wyświetlana w kinach IMAX. Od 25 listopada przez dwa tygodnie będzie grana wyłącznie na takich ekranach, a 23 grudnia pojawi się na platformie. Na stronie IMAX lista kin obejmuje 523 sale w około 55 krajach i terytoriach. W Polsce jest ich osiem, w tym sześć w Cinema City, co Filmweb potwierdził dopiero 2 listopada, po tygodniach niepewności o polską dystrybucję.

W Ameryce Północnej część kin odmówiła. Regal zrezygnował z około stu ekranów IMAX, Cinemark z około dwudziestu. Brooks LeBoeuf z Regala tłumaczył, że krótkie okno kinowe ma „bezpośredni wpływ na takie decyzje”. Cztery tygodnie między premierą w kinie a premierą w domu to dla sieci kinowych za mało, żeby oddać najlepsze sale w okolicach Święta Dziękczynienia.

Szósty raz z Reznorem

W tej burzliwej spółce jest jeden element stały. 9 października ogłoszono, że muzykę do „Dalszych perypetii” piszą Trent Reznor i Atticus Ross. To ich szósty film z Fincherem, po „The Social Network”, „Dziewczynie z tatuażem”, „Zaginionej dziewczynie”, „Manku” i „Zabójcy”. Zaczęło się w 2010 roku, kiedy lider Nine Inch Nails i jego wieloletni producent napisali pierwszą w życiu muzykę filmową. Na 83. gali Oscarów w lutym 2011 roku pokonali m.in. Hansa Zimmera i Alexandre'a Desplata. Drugiego Oscara zdobyli później za animację „Co w duszy gra”, wspólnie z Jonem Batiste'em.

Fincher traktuje ich zresztą jak współscenarzystów nastroju, a nie dostawców muzyki. Przy „Zaginionej dziewczynie” poprosił o muzyczny odpowiednik fałszywej uprzejmości. Inspiracją była kojąca muzyka, którą usłyszał w gabinecie kręgarza, a Reznor mówił potem, że chodziło o to, by „zasiać wątpliwość”. Hollywood już raz razem opisali: „Mank” był czarno-białą opowieścią o fabryce snów lat 30. Teraz dostają tę samą fabrykę czterdzieści lat później, oglądaną z perspektywy człowieka, który robi za gwiazdy brudną robotę.

W grudniu 2026 roku Tarantino zostanie z czymś, czego nie miał nigdy wcześniej: z filmem o swoim bohaterze, który oceniać będą jako film Finchera. Polscy widzowie zobaczą go w IMAX od 25 listopada, a od 23 grudnia na Netfliksie.

Źródła (14)
Następny tekstKrytycy kręcili nosem, widzowie dali rekord. Drugi sezon „MobLand” stanął na 90 proc.Pierwszy sezon gangsterskiego serialu z Tomem Hardym, Pierce'em Brosnanem i Helen Mirren krytycy przyjęli chłodno, a widzowie zrobili z niego rekord Paramount+. Drugi przekonał także recenzentów, choć wiosną serial omal nie stracił głównej gwiazdy. W Polsce SkyShowtime pokazuje dziś siódmy odcinek.

Czytaj też

Z Promptowego - blog o AI tego samego autora