Piątek, 30 października 2026 RSS
Recenzja filmu

Pierwsza runda dla Sakuraia. „Street Fighter” przegrywa drugą połowę walkowerem

52NierównaStreet Fighter

Ręcznie rysowane retrospekcje, bójka w pokoju hotelowym jak z Jackiego Chana i Balrog wchodzący na ring przy „Many Men”. A potem turniej, z którego widać półtorej walki. Nowy „Street Fighter” to najlepsza godzina adaptacji Capcomu w kinie i druga, która ją marnuje.

Piotr Olszewski

· 10 min czytania

Ryu (Andrew Koji) w poszarpanym gi i czerwonych rękawicach - kostium wprost ze sprite'ów „Street Fighter II”. Koji jest jedynym aktorem, którego chwalą niemal wszyscy recenzenci, także ci, którym film się nie podobał · Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Rok 1987, pierwszy turniej World Warrior. Ryu kładzie na deski Sagata, ale zwycięstwo ma cenę: w chłopaku budzi się mroczna odmiana hadō, a w cieniu czai się Akuma. Ta scena nie jest zagrana przez aktorów. Jest narysowana - ręcznie, klatka po klatce, w stylu japońskiej animacji z lat 90., przez amerykańskie studio Titmouse. Siddhant Adlakha z „Variety” nazywa to wprost mistrzowskim posunięciem filmu. Frank Scheck z „The Hollywood Reporter” idzie dalej: animowane retrospekcje są tak żywe, że przyćmiewają część aktorską. I w tym jednym zdaniu mieści się cały problem „Street Fightera” Kitao Sakuraia.

Skąd się wziął i czym chce być

To trzecie aktorskie podejście do serii Capcomu po filmie z Jean-Claude'em Van Damme'em (1994) i „The Legend of Chun-Li” (2009). Legendary kupiło prawa w kwietniu 2023 roku, Capcom jest koproducentem. Pierwotnie film mieli robić bracia Philippou, ale w czerwcu 2024 roku odeszli. Sakurai, znany z „The Eric Andre Show” i komedii „Bad Trip”, przejął projekt w lutym 2025. W rozmowie z TheWrap przyznał, że musiał o tę robotę zabiegać, a producentowi Cale'owi Boyterowi sprzedał jedną myśl: sercem filmu ma być rywalizacja dwóch przybranych braci, Ryu i Kena, a nie sam turniej.

Zdjęcia trwały od 18 sierpnia do 12 listopada 2025 roku w Australii, pod roboczym tytułem „Punch”. Budżet według Deadline i Wikipedii to 82 mln dolarów. Scenariusz Sakurai napisał z T.J. Fixmanem, na podstawie historii Dalana Mussona i Gary'ego Daubermana. Zdjęcia: Ken Seng, montaż: James Thomas i Delaney Del Vecchio, muzyka: Leo Birenberg i Zach Robinson. Film trwa około dwóch godzin - Rotten Tomatoes i THR podają 1 godz. 59 min, polski Filmweb 2 godz. 5 min.

Sakurai wymienia jako wzorce filmy Jackiego Chana i Jeta Li, wuxia, „Akirę” i „Kill Billa”, a w Den of Geek przyznaje, że bliższy był mu „Mortal Kombat” z 1995 roku niż film z Van Damme'em. Chciał, żeby całość była po prostu „dziwna”. Akcja dzieje się w neonowym 1993 roku.

Pierwsza godzina: tu wszystko działa

Po animowanym prologu film przeskakuje o sześć lat i zmienia ton. Stylizowane na MTV wstawki i parodia tabloidowego programu telewizyjnego streszczają, co się stało: po śmierci mistrza Goukena (w animacji głos podkłada mu Don Lee, czyli Ma Dong-seok) Ken sprzedaje się w reklamach i wygrywa ustawiane walki pod okiem menedżera Dana Hibikiego. Ryu prowadzi uliczny stragan z ramenem tak złym, że - jak notuje Scheck - nie tknie go nawet bezpański kot. Ich drogi krzyżuje Chun-Li, tajna agentka Interpolu, która chce dopaść M. Bisona, dyktatora Shadaloo i zabójcę swojego ojca. Bison organizuje w Metrolao City drugi turniej World Warrior, bo chce wyssać z najsilniejszych wojowników moc - w filmie nazwaną „Psycho Power”. Adlakha zauważa, że w tej części dialog zastępują pięści: bójka jest tu formą negocjacji, przeprosin i braterskiego pojednania, co przy trzech zawodowych wrestlerach w obsadzie ma swoją logikę.

Chun-Li (Callina Liang) w neonowym świetle hotelu Bisona. Do roli aktorka - według Den of Geek - nabrała po sześć centymetrów mięśni w każdej nodze
Chun-Li (Callina Liang) w neonowym świetle hotelu Bisona. Do roli aktorka - według Den of Geek - nabrała po sześć centymetrów mięśni w każdej nodze Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Najlepiej opisaną sceną walki w całym filmie jest sparing Ryu i Kena w pokoju hotelowym. Bill Bria ze SlashFilmu pisze o choreografii przypominającej wczesne filmy Jackiego Chana - meble, ciasne kąty, gagi. Jakub Izdebski z Interii, krytyk wyraźnie niechętny, przyznaje, że ta pierwsza scena jest dynamiczna, pomysłowa i slapstickowa. Potem przychodzi łaźnia: E. Honda (japoński wrestler Hirooki Goto) rzuca na Ryu sumo headbutt i serię stu klapnięć dłonią, a Ryu odpowiada tatsumaki - kopnięciem-wirem z gier. Ukraiński serwis Mezha wymienia te ciosy i rozciągające się kończyny Dhalsima jako najlepsze przeniesienie ruchów z automatu na ekran.

Trzeci mocny punkt to Ken kontra Balrog. 50 Cent wchodzi do walki przy własnym „Many Men”, o czym piszą zarówno Jan Tracz z Filmwebu, jak i Mezha. Dawid Muszyński z naEKRANIE ocenia, że pojedynek jest „fajnie wymyślony i zrealizowany”, a raper zaskakuje przygotowaniem fizycznym. Ken z kolei wychodzi na ring przy „Who Let the Dogs Out”, które w 1993 roku jeszcze nie istniało - recenzent JoBlo wytyka, że piosenek spoza epoki jest więcej.

Obsada jak ekran wyboru postaci

Christian Zilko z IndieWire trafnie opisuje obsadę jako ekran „Choose Your Fighter”: każdy znajdzie tu kogoś, kogo lubi, i kogoś, kogo nie znosi. Lista jest rzeczywiście szalona. Jason Momoa (także producent) jako Blanka w całości z CGI. Cody Rhodes jako Guile z platynowym kogutem na głowie, o sześć cali niższym niż w najbardziej ekstremalnym projekcie. Roman Reigns jako Akuma. Country'owy muzyk Orville Peck w masce Vegi. Mistrz UFC Alexander Volkanovski jako Joe. Kulturysta Olivier Richters jako Zangief. Indyjski gwiazdor kina akcji Vidyut Jammwal jako Dhalsim.

M. Bison (David Dastmalchian). Rolę, którą w 1994 roku zagrał Raul Julia, Dastmalchian buduje bardziej na obrzydzeniu niż na kampie - co jedni recenzenci chwalą, a inni uważają za największy błąd obsady
M. Bison (David Dastmalchian). Rolę, którą w 1994 roku zagrał Raul Julia, Dastmalchian buduje bardziej na obrzydzeniu niż na kampie - co jedni recenzenci chwalą, a inni uważają za największy błąd obsady Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Wokół trzech ról panuje rzadka zgoda. Andrew Koji (znany z „Warriora” Cinemaxu) daje Ryu powagę, której reszta filmu nie ma - Scheck nazywa ją „bardzo potrzebną”, Tracz widzi w nim wojownika, który zamiast terapii wybrał ucieczkę od traumy. Callina Liang jako Chun-Li ma charyzmę, którą chwalą THR, Filmweb, Interia i JoBlo. Andrew Schulz jako Dan Hibiki to według Adlakhy „sekretna broń” filmu.

Przy Noahu Centineo zaczynają się różnice. Dla Shaurya Thapy z Time Outu to rozpieszczony, niepewny Ken z luzem chłopaka z bractwa. Mezha porównuje go do Kena z „Barbie”. Muszyński z naEKRANIE pisze, że Centineo odstaje fizycznie od partnerów, a Izdebski uznaje duet Koji - Centineo za nijaki. Jeszcze ostrzej dzieli krytyków Dastmalchian. Jake Kleinman z Polygonu nazywa jego Bisona „lekcją kampu klasy B” i wskazuje scenę z pierwszych dziesięciu minut, w której Bison wciska kciuki w oczodoły naukowca. Recenzent JoBlo i Nitin Asariparambil z „The Week” widzą w nim raczej postać żałosną niż groźną, a cały wątek fetyszu stóp - jako chybiony.

Druga godzina: turniej, którego nie ma

Adlakha pisze, że moment, w którym film przestaje działać, da się wyznaczyć z zegarkiem w ręku. To niemal dokładnie połowa seansu - chwila, gdy fabuła dociera wreszcie do turnieju. Na siedem zaplanowanych walk widz ogląda, według „Variety”, może półtorej. Zilko z IndieWire liczy inaczej, ale dochodzi do tego samego: ponad połowa najważniejszych pojedynków kończy się walkowerem poza ekranem, a wojownicy więcej czasu spędzają w hotelowym barze niż na arenie. Muszyński z naEKRANIE podaje konkretny przykład: walki Vegi z Guile'em w ogóle nie pokazano.

Guile (Cody Rhodes) w hotelowym barze. Najpopularniejszy dziś wrestler świata według IndieWire właściwie w filmie nie walczy - jego pojedynki dzieją się poza kadrem
Guile (Cody Rhodes) w hotelowym barze. Najpopularniejszy dziś wrestler świata według IndieWire właściwie w filmie nie walczy - jego pojedynki dzieją się poza kadrem Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

W drugiej połowie wychodzą też problemy warsztatowe. Adlakha zauważa, że kolejne kwestie dialogowe coraz częściej padają z ust ustawionych tyłem do kamery albo częściowo zasłoniętych, i zastanawia się, ile filmu przepisano w postprodukcji. Dodaje, że sporą część dialogów zagłusza dudniący miks dźwięku. „The Week” pisze o rwanym montażu i skokach, które psują rytm. Izdebski zarzuca kolejnym walkom nieczytelność i mgłę zasłaniającą braki budżetowe. Mykyta Kazymyrow z Mezhy dodaje, że areny turniejowe nakręcono na green screenie albo przy ścianach LED, bez prawdziwej publiczności, więc wyglądają sztucznie.

Kluczowe informacje fabularne - na przykład znaczenie energii, którą władają Ryu i Ken - film dokłada w retrospekcjach po ponad godzinie seansu. Dwóch głównych złoczyńców, Bison i Akuma, czeka na zwycięzcę turnieju, ale - jak zauważa Adlakha - żaden nie wie o planach drugiego. Bria ze SlashFilmu porównuje sposób, w jaki film porzuca budowanego przez półtorej godziny antagonistę, do „Batmana i Robina”. Recenzenci z Awards Watch, Fiction Machine i The Playlist zgodnie piszą, że film nie tyle się kończy, ile urywa. Scena w trakcie napisów otwarcie zapowiada kontynuację, o której Sakurai mówi, że oficjalnie jeszcze nie powstaje.

Ryu i Blanka (Jason Momoa) w zimnym niebieskim świetle. Blanka w całości powstał w komputerze - według naEKRANIE bez motion capture
Ryu i Blanka (Jason Momoa) w zimnym niebieskim świetle. Blanka w całości powstał w komputerze - według naEKRANIE bez motion capture Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Humor, który bije poniżej pasa

Drugi powód, dla którego wielu krytyków zostało z kwaśnym posmakiem, nie ma związku z montażem. To humor. Time Out pisze o żartach z wyglądu Chun-Li, ComicBookMovie - o gagach z fetyszem stóp, ukrywanym homoseksualizmem jednej z postaci i agencie, który dotyka się w trakcie walki. Bria ze SlashFilmu wskazuje Kyle'a Mooneya jako agenta Interpolu, którego zachowanie wobec Chun-Li jest po prostu oślizgłe, a Bison przyłączający się do tych zalotów to już według niego mizoginia. Adlakha opisuje scenę, w której Chun-Li wchodzi pod prysznic, jako cytat z animowanego „Street Fighter II” z 1994 roku - z tą różnicą, że tam scena prowadziła do walki z Vegą, a tu kamera tylko się gapi.

Radheyan Simonpillai z „Guardiana” uderza w inny punkt. Film wielokrotnie puszcza do widza oko i przyznaje, że wszystko jest głupie - Chun-Li ironizuje, kiedy Ryu i Ken przemawiają jak Steven Seagal albo Van Damme. Simonpillai uważa, że ta autoironia działałaby, gdyby film choć raz wzniósł się ponad to, z czego się śmieje. Zamiast tego - pisze - „Street Fighter” zadowala się kopaniem samego siebie i tkwieniem w latach 90.

Nawiązania: fan wyłapie wszystko

Dla graczy film jest zbiorem cytatów. Ruchy specjalne mają wykrzyczane nazwy - Time Out odnotowuje „Yoga fire!” Dhalsima. „The Week” wskazuje „Street Fighter III: 3rd Strike” jako punkt odniesienia dla choreografii. Kostiumy i fryzury, pisze Zilko, z zaskakującą dyscypliną odtwarzają dwuwymiarowe sprite'y. Animowane retrospekcje grają z „Street Fighter II: The Animated Movie”, a hasło „To live is to fight, to fight is to live” wraca jak mantra. Sakurai w Den of Geek tłumaczy, że celowo dawkował hadokeny, żeby każdy coś znaczył.

Zangief (kulturysta Olivier Richters). Recenzent JoBlo zalicza go do ulubieńców fanów, którzy dostali w filmie za mało miejsca
Zangief (kulturysta Olivier Richters). Recenzent JoBlo zalicza go do ulubieńców fanów, którzy dostali w filmie za mało miejsca Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Album ze ścieżką Birenberga i Robinsona ma 39 utworów, w tym dwa oryginalne kawałki zespołu HEALTH i „Guile's Theme”. Matt Singer ze ScreenCrush słyszy w filmie głównie dudniące chiptune'y, Mezha i „The Week” chwalą piosenki z lat 90. jako zastrzyk energii.

Kto kocha, kto nienawidzi i dlaczego

Rozrzut ocen jest ogromny. Najwyżej: JoBlo 8/10 („najlepszy film na podstawie gry w 2026 roku”), Screen Rant 70/100, Mezha 6,5/10. Środek: IGN 6/10 (Tom Jorgensen: głupi jak pudło kamieni, ale ciosy, które trafiają, trafiają mocno), Filmweb 6/10, naEKRANIE 6/10, Time Out 3/5, „The Week” 3/5, SlashFilm 5,5/10. Najniżej: Interia 4/10, w przeliczeniu Metacritic The Playlist 33 i Awards Watch 16, a Kleinman z Polygonu nazywa film jednym z najbardziej niechlujnych, żenujących i niespójnych tytułów roku.

Różnica nie bierze się z oceny tych samych elementów, tylko z tego, co kto uznaje za najważniejsze. William Bibbiani z TheWrap kupuje chaos jako wartość - pisze, że Sakurai zrobił „każdy możliwy film o Street Fighterze naraz” i pyta, czym w ogóle jest „dobry film”. Brandon Yu z „New York Timesa” widzi w nim szczyt wyobraźni gracza z salonu gier. Ci krytycy oceniają film jak grę: liczą trafione ciosy. Krytycy negatywni - Adlakha, Scheck, Kleinman, Jake Coyle z AP - oceniają go jak film: liczą rozwiązane wątki. W tej drugiej kategorii „Street Fighter” przegrywa wyraźnie.

Akuma (Joe „Roman Reigns” Anoa'i) w czerwonej poświacie mrocznego hadō. Według „The Week” postać dostaje za mało do zagrania, a „Variety” wytyka, że przez większość filmu po prostu czeka
Akuma (Joe „Roman Reigns” Anoa'i) w czerwonej poświacie mrocznego hadō. Według „The Week” postać dostaje za mało do zagrania, a „Variety” wytyka, że przez większość filmu po prostu czeka Kadr: Paramount Pictures / Legendary / TMDB

Agregaty (odczyt 30.10.2026): Rotten Tomatoes - 41 proc. pozytywnych recenzji ze 140, średnia 4,9/10 według Wikipedii, ocena widzów 78 proc. Metacritic - 43/100 z 27 recenzji (4 pozytywne, 16 mieszanych, 7 negatywnych), ocena użytkowników 6,8. Filmweb - 5,8 przy 1719 głosach, krytycy 4,7 z 14 recenzji. CinemaScore: B-. Konsensus Rotten Tomatoes chwali czułość wobec źródła i styl akcji, krytykuje chaotyczną narrację i szczeniacki humor.

Kasa potwierdza podział. Według The Numbers film zarobił do 28-29 października 49,2 mln dolarów w USA i Kanadzie oraz 32,7 mln za granicą, razem 81,9 mln - dokładnie tyle, ile kosztował. Drugi weekend w USA przyniósł 8,6 mln, o 72 proc. mniej niż pierwszy. W Polsce dystrybutor UIP wprowadził go do kin 16 października jako „Street Fighter. Uliczny wojownik”; liczby widzów do dnia publikacji nie podało żadne otwarte źródło.

Dla kogo

Dla tych, którzy w latach 90. wrzucali monety do automatu i chcą zobaczyć Hondę klepiącego Ryu w łaźni - pierwsza godzina wystarczy, a animowane retrospekcje są warte biletu same w sobie. Dla tych, którzy szukają adaptacji gry na poziomie „Resident Evil” Zacha Creggera z tego samego roku - nie. Scheck z THR streszcza to najkrócej: film próbuje zadowolić fanów i nowicjuszy naraz, więc żadna grupa nie wychodzi w pełni usatysfakcjonowana.

Polski plakat „Street Fighter. Uliczny wojownik” (premiera 16.10.2026)
Polski plakat „Street Fighter. Uliczny wojownik” (premiera 16.10.2026) Plakat: UIP / Paramount Pictures / Legendary / TMDB
Plakat „Street Fighter”
Plakat „Street Fighter” Plakat: Paramount Pictures / TMDB

Werdykt redakcji: 52

Ocena powstała z analizy recenzji, wywiadów z reżyserem, kadrów i materiałów dystrybutora, nie z seansu. Liczba jest o kilka punktów wyższa niż średnia Metacritic (43) i świadomie tak ustawiona. Elementy, które chwalą nawet krytycy negatywni - animacja Titmouse, Koji i Liang, pierwsza połowa z walką w hotelu, łaźni i ringu Balroga - to prawdziwe osiągnięcia, a w historii tej marki w kinie nikt wcześniej nie zbliżył się do nich bardziej. Muszyński z naEKRANIE nazywa film najlepszą kinową adaptacją gry Capcomu w trzech podejściach i trudno się z tym kłócić.

Ale to nie wystarcza na zielony kolor. Turniej, który jest jedynym powodem istnienia tej historii, film pokazuje we fragmentach. Złoczyńcy czekają, wątki się rozjeżdżają, finał się urywa, a humor regularnie odbiera bohaterkom godność. To film, który przez godzinę wygląda jak automat do gier ożywiony przez fana, a przez drugą jak instrukcja, którą ktoś pociął nożyczkami. Pierwsza runda wygrana czysto. Druga - walkowerem przegrana.

Źródła (26)
Następny tekst„Lalka” wciąż sprzedaje bilety. Świat ogląda bijatykę i dokument o oszustceTrzeci weekend „Lalki” Macieja Kawalskiego przyniósł ponad 200 tysięcy widzów, a licznik zbliża się do 1,8 mln. W Ameryce wygrał „Street Fighter”, ale prawdziwą sensacją był dokument o Elizabeth Holmes, grany w 855 kinach. Liczby z weekendu 16-18 października - i to, czego jeszcze nie wiemy.

Czytaj też