Czwartek, 5 listopada 2026 RSS
Gwiezdne wojny

Adam Driver kończy z Kylo Renem. „The Hunt for Ben Solo” nie powstanie

„Już po wszystkim. Koniec z Gwiezdnymi wojnami” - tak Adam Driver pożegnał Kylo Rena. Film o Benie Solo, który przygotował ze Stevenem Soderberghiem, odrzucili szefowie Disneya, a aktor przestał na niego liczyć.

Piotr Olszewski

· 4 min czytania

Adam Driver na premierze filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” w Roppongi Hills w Tokio.
Fot. Dick Thomas Johnson from Tokyo, Japan / Wikimedia Commons, CC BY 2.0

Rich Eisen zapytał wprost, czy Adam Driver jeszcze kiedyś zagra Kylo Rena. Aktor odpowiedział w „The Rich Eisen Show” szybko i bez dyplomatycznych wybiegów: „Tak, już po wszystkim. Koniec z Gwiezdnymi wojnami”. Po chwili dodał zdanie, które opowiada całą historię lepiej niż jakiekolwiek oświadczenie studia: „Próbowaliśmy zrobić jeszcze jeden, ale oni na to: »Nie, on nie żyje«”.

„Oni” to Bob Iger i Alan Bergman, ludzie, którzy w Disneyu decydują o tym, co trafia do kin. „Jeszcze jeden” to „The Hunt for Ben Solo”, film, który mógł być jednym z najciekawszych eksperymentów w historii serii. Nie powstanie, bo zabrakło jednej rzeczy: zgody na to, żeby martwy bohater żył dalej. A przecież chodzi o sagę, której jedno z najsłynniejszych zdań brzmi „nikt nigdy naprawdę nie odchodzi”.

Złoczyńca, który zrobił karierę

Ta rezygnacja waży, bo Kylo Ren nie był zwykłym czarnym charakterem. Driver grał go w trzech filmach: „Przebudzeniu Mocy” z 2015 roku, „Ostatnim Jedi” z 2017 i „Skywalker. Odrodzenie” z 2019. Antagonista z rodu Skywalkerów był najbardziej rozdartą postacią nowej trylogii, a w ostatniej części odkupił winy, wrócił do swojego prawdziwego imienia, Ben Solo, i zginął.

Samemu Driverowi ta rola dała rozpęd. Przed Gwiezdnymi wojnami kojarzono go głównie z serialem „Girls” i kinem niezależnym. Po nich stał się twarzą wielkich produkcji, a potem aktorem z nominacją do Oscara. Trylogia miała tymczasem coraz gorszą opinię z każdą częścią, a jej zakończenie podzieliło fanów jak mało co. Kylo Ren należał jednak do nielicznych jej elementów, które wielu widzów chciało ocalić.

Od tamtej pory żaden film z serii nie trafił do kin. „Skywalker. Odrodzenie” pozostaje ostatnim kinowym tytułem, a następny, „Star Wars: Starfighter”, ma wejść na ekrany 28 maja 2027 roku. Luka w kalendarzu była więc spora, a postać, którą widzowie polubili, wydawała się naturalnym kandydatem do jej wypełnienia.

Scenariusz, który się wszystkim podobał

O „The Hunt for Ben Solo” świat dowiedział się pod koniec 2025 roku, i to od razu w wersji z unieważnionym zakończeniem. Driver i Steven Soderbergh przez dwa lata rozwijali film, którego akcja miała się toczyć po wydarzeniach z „Odrodzenia” i prowadzić Bena Solo drogą odkupienia. Scenariusz napisali razem ze Scottem Z. Burnsem i Rebeccą Blunt, a Soderbergh, laureat Oscara, miał całość wyreżyserować.

Driver opowiadał wtedy, jak doszło do odmowy, i dziś niewiele w tej wersji zmienia: „Przedstawiliśmy scenariusz Lucasfilmowi. Zachwycił ich ten pomysł. W pełni rozumieli nasze podejście i to, po co to robimy. Zanieśliśmy go do Boba Igera i Alana Bergmana, a oni powiedzieli nie. Nie widzieli, jak Ben Solo mógłby żyć. I tyle”.

Projekt nie upadł więc z braku ludzi czy gotowego tekstu. Popierali go ludzie z kierownictwa Lucasfilmu, w tym Kathleen Kennedy, miał reżysera z najwyższej półki i aktora, który sam o niego zabiegał. Zatrzymała go przeszkoda czysto fabularna: bohater zginął w poprzednim filmie. W serii, która lubi powtarzać, że nikt nie odchodzi na zawsze, fani mieli prawo uznać ten argument za dziwny. Samemu Driverowi decyzja wydawała się niezrozumiała, co odnotowała agencja AP.

W rozmowie z Eisenem aktor nie ukrywał, ile w ten film włożył. „Pracowaliśmy nad tym przez kilka lat, naprawdę i na serio. Mieliśmy naprawdę dobry scenariusz. To było niesamowite. Było naprawdę fajnie. Ale wiesz, to nie ja decyduję” - powiedział.

Samolot nad Burbank

Fani zareagowali gwałtownie. Grupa z nich zapłaciła za samolot, który przeleciał nad Walt Disney Studios w Burbank w Kalifornii z transparentem „Save The Hunt for Ben Solo”. Pojawiły się też billboardy. Film, którego nikt nie nakręcił, stał się jednym z najczęściej przywoływanych „co by było, gdyby” w całej sadze.

Driver docenia to bez ironii. „Reakcja fanów była naprawdę niesamowita. Nie spodziewałem się, że będą billboardy i ludzie latający samolotami nad Disneyem. To było całkiem fajne” - mówił w programie. Kiedy jednak Eisen dopytał, czy wróciłby, gdyby ktoś projekt wskrzesił, odpowiedział ostrożnie: „Jeśli by chcieli, w porządku. Ale to nie nasza decyzja. Myślę jednak, że statek już odpłynął”.

Słychać w tym raczej pogodzenie się z faktami niż gorycz. Wcześniej, w podcaście „SmartLess”, Driver mówił, że studio idzie naprzód z nowymi projektami, tylko już bez niego. Przyznawał też, że praca na planach tej skali męczyła go bardziej, niż powinna, bo nie nauczył się jeszcze radzić sobie z rozpędem tak dużej produkcji.

Wszyscy zainteresowani mówią zresztą to samo. Latem szef Lucasfilmu Dave Filoni stwierdził, że film nie jest aktywnie rozwijany. W kwietniu Soderbergh ocenił, że gdyby „The Hunt for Ben Solo” miał powstać, to już by powstał. Reżyser zajmuje się dziś czym innym: pomaga dokończyć zdjęcia do „The Batman Part 2” w zastępstwie Matta Reevesa, który musiał opuścić plan z powodów osobistych. Driver też poszedł dalej, czeka go m.in. rola Mister Sinistera w nowych „X-Menach” Marvela.

Saga bez Bena

Disney buduje przyszłość Gwiezdnych wojen gdzie indziej. Poza „Starfighterem” pracuje nad dziesiątym epizodem, który wyreżyseruje Jon Watts, twórca „Spider-Man: Bez drogi do domu”, i który ma otworzyć nową trylogię. Plotki mówią o powrocie Rey granej przez Daisy Ridley.

Ben Solo w tych planach się nie pojawia. Jego historia kończy się tam, gdzie zostawił ją film z 2019 roku. Sagę, w której nikt nigdy naprawdę nie odchodzi, ta jedna postać opuściła na dobre, i to nie z woli aktora ani scenarzystów, lecz dwóch szefów studia, nad którym przeleciał kiedyś samolot z transparentem.

Wpis z pasa „W ruchu”, 5 listopada 2026. Na zdjęciu: Adam Driver na premierze filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” w Roppongi Hills w Tokio.

Źródła (5)
Następny tekstClayface. Gotham dostało horror, w którym twarz aktora przestaje do niego należećPierwszy film nowego DCU z kategorią R opowiada o aktorze, który traci twarz, a potem może przybrać każdą inną. James Watkins i Mike Flanagan zrobili z komiksowego złoczyńcy tragedię o ciele. Ich pomysł jest mocny, ale zostawia niewiele miejsca na zaskoczenie.

Czytaj też

Z Promptowego - blog o AI tego samego autora