Jest w „Clayface” scena, którą sam reżyser nazywa jedną z najmocniejszych w scenariuszu. Matt Hagen siedzi w samolocie i odkrywa, że jego oczy zarosły mięsistymi pasmami. Żeby znów zobaczyć świat, musi je przeciąć nożyczkami. Do zbliżeń pracownia Legacy zbudowała gigantyczne oko i równie wielkie nożyczki, a na planie ludzie odwracali wzrok od monitora. W tym jednym obrazie mieści się cały film. Ciało bohatera przestaje go słuchać, a jedynym ratunkiem jest kolejne okaleczenie.
Uważam, że to najuczciwsza możliwa wizytówka tego projektu. „Clayface” nie udaje widowiska o superbohaterach z domieszką grozy. Jest body horrorem, czyli kinem, w którym strach bierze się z tego, co dzieje się z ciałem: z przemiany, rozpadu, utraty kontroli nad własną skórą. Gotham i komiksowy rodowód są tu scenografią. Treścią jest twarz.
Aktor bez twarzy
Matt Hagen zaczyna jako chłopak z ulic Gotham i dochodzi do pozycji hollywoodzkiej gwiazdy pierwszego planu. Karierę przerywa mu lokalny boss przestępczy, którego ludzie zostawiają go straszliwie oszpeconego. Oficjalny opis mówi o działaniach bossa, a w jednym z wywiadów mowa o zbirach. Zespół Matta odwraca się od niego, bohater zostaje z niczym i sięga po eksperymentalną terapię. Ta w cudowny sposób oddaje mu dawny wygląd, a potem zaczyna działać na jego głowę. Skóra zamienia się w glinę, Matt może przybrać wygląd dowolnej osoby, a jego kontakt z rzeczywistością słabnie. Prosta droga prowadzi stąd do zemsty, która pochłania wszystko.
W tym pomyśle podoba mi się, że jest bezwzględnie logiczny. Aktor żyje z twarzy. Jego kapitałem jest to, że widz go rozpoznaje, i to na tę twarz pracował przez całą drogę z ulicy na plakaty. Film najpierw mu ją odbiera, a potem daje dar, który jest zarazem przekleństwem: odtąd Matt może mieć każdą twarz, tylko nie wiadomo już, która jest jego. To metafora zawodu aktorskiego doprowadzona do granicy groteski. Clayface należy do galerii przeciwników Batmana, a dopiero teraz dostaje własny aktorski film.
Ten wybór dobrze się też łączy z obsadą. Dla Toma Rhysa Harriesa to pierwsza rola pierwszoplanowa. Watkins forsował go po przesłuchaniach, a James Gunn i Peter Safran poparli tę decyzję. Mało znany aktor gra człowieka, który właśnie wspiął się na szczyt sławy, a potem zostaje zredukowany do masy, z której można ulepić kogokolwiek. Widz nie przynosi na salę skojarzeń z wcześniejszymi głównymi rolami Harriesa, więc jego twarz jest dla nas równie nowa i nietrwała jak dla Matta. Nie wiem, czy ktoś to tak zaplanował. Działa to jednak na korzyść filmu.

Glina, która ma ciężar
Najmocniejszą decyzję Watkins podjął w warsztacie. Efekty na ciele i twarzy bohatera zrealizowano praktycznie: protetyką, charakteryzacją i rekwizytami zamiast cyfrowej obróbki dorysowanej po zdjęciach. Reżyser mówi otwarcie, że chciał, by aktorzy mieli przed sobą coś realnego i by sama protetyka zmieniała grę Harriesa i Naomi Ackie. Ackie występuje jako naukowczyni dr Caitlyn Corr.
To nie jest kaprys miłośnika dawnego kina. W body horrorze ciało jest głównym bohaterem, a cyfrowa glina ma zwykle jedną wadę: nic nie waży. Kiedy postać o skórze z gliny powstaje w komputerze, widz podświadomie wie, że nikt jej nie dotyka. Kiedy na twarzy aktora leży prawdziwa protetyka, zmienia się jego mimika, oddech i to, jak pochyla głowę. Gdy przemiana Matta ma być stopniowa, a film pokazuje ją krok po kroku, ta fizyczność staje się warunkiem sensu, a nie ozdobą. Scena z okiem i nożyczkami to najlepszy dowód. Gigantyczne rekwizyty do zbliżeń pochodzą z rzemiosła starych horrorów i kina efektów specjalnych sprzed ery cyfrowej. Wybór jest świadomie staroświecki i właśnie dlatego trafiony.


Ta sama logika obejmuje miasto. Zamiast budować Gotham na zielonym tle, ekipa kręciła w brytyjskich plenerach, przerabiała witryny sklepów i samochody, aż ulice zaczęły wyglądać jak komiksowa metropolia. Za zdjęcia odpowiada Rob Hardy, za scenografię James Price. Spójność jest tu dla mnie ważniejsza niż efekt sam w sobie: realna skóra bohatera wymaga realnego świata wokół niego. Gdyby Matt rozpadał się w protetyce, a za jego plecami lśniło wygenerowane miasto, groza by się rozjechała.

Tragedia w trzech aktach
Scenariusz ma dwóch autorów, Mike'a Flanagana i Hosseina Aminiego, ale historia jest Flanagana. To on napisał pierwszą wersję i chciał film wyreżyserować, zanim zajęły go inne projekty. Watkins wprowadził zmiany, choć uważa, że to wciąż zasadniczo opowieść Flanagana. Ten rodowód widać w samym zamyśle. Watkins opisuje tekst jako tragedię w trzech aktach, w której droga Matta kończy się złamanym sercem.
Tu jednak zaczynają się moje zastrzeżenia. Tragedia jest formą, która zdradza swój kierunek, zanim się rozpędzi. Wzlot, upadek, okaleczenie, cudowne ocalenie z ukrytą ceną, zemsta. Ten szkielet znam z dziesiątek opowieści o naukowcach i ich ofiarach, a także o artystach, którzy oddali za sławę więcej, niż mieli. Filmowi nie można zarzucić, że go ukrywa, bo sam definiuje się przez tę klasyczną konstrukcję. Problem polega na tym, że w historii, której zakończenie jest zapowiedziane w opisie gatunku, napięcie musi pochodzić z czegoś innego niż pytanie „co się stanie”. U Watkinsa niesie je ciało, nie fabuła. Wierzę w ten wybór, ale przyjmuję go z mieszanymi uczuciami: horror oparty na przemianie jest tak mocny jak jego najlepsze sceny, a bez nich zostaje dość przewidywalny wykres zemsty.
Jest też drugie napięcie, między tonem tragedii a obietnicą zabawy. Watkins mówi o rollercoasterze i o widzu, który ma się bawić, a nie wychodzić z kina. Kategoria R, przyznana za silną, krwawą przemoc, gore, wulgaryzmy, trochę nagości i krótkie zażywanie narkotyków, pozwala na dużo. Złamane serce w finale i radosna jazda po torze z gore to jednak dwa różne kontrakty z widzem. Twórca, który chce dotrzymać obu, chodzi po linie. Watkins ma za sobą „Eden Lake” i remake „Speak No Evil”, filmy, w których okrucieństwo nie miało w sobie niczego zabawnego. Tu chce dodać lekkość, a każda dawka lekkości odbiera tragedii trochę ciężaru.

Mniejszy film w wielkim uniwersum
„Clayface” ma też znaczenie, które wykracza poza sam ekran. To pierwszy film nowego uniwersum DC z kategorią R, zrobiony za budżet znacznie mniejszy niż wielkie produkcje w rodzaju „Supermana”. Studio Gunna i Safrana sprawdza na nim, czy pod jednym szyldem zmieszczą się zupełnie różne gatunki. Producentami są także Matt Reeves i Lynn Harris, film powstał w 6th & Idaho, a dystrybuuje go Warner Bros. Pictures. Watkins podkreśla, że dostał dużą swobodę twórczą i wsparcie.
Tę strategię uważam za najrozsądniejszą rzecz, jaką komiksowe kino zrobiło od dawna. Złoczyńca z drugiego szeregu, mniejsze pieniądze, autor horroru za kamerą i gatunek, który nie musi przypodobać się wszystkim. To kierunek odwrotny do przekonania, że każdy film z logo DC musi być wydarzeniem dla całej rodziny. Mniejsza skala pozwala na scenę, od której ekipa odwracała wzrok. W blockbusterze za kilkaset milionów taka scena nie przetrwałaby pierwszego pokazu testowego.
Jest i druga strona. Film, który ma udowodnić, że w uniwersum mieści się prawdziwy horror, łatwo zamienia się w pokaz możliwości: patrzcie, jak daleko można pójść. Watkins sam mówi o granicy, po której właściwej stronie chce się zatrzymać. To rozsądne, ale znaczy też, że ekstremalność jest tu mierzona i dawkowana, a nie wynika wyłącznie z historii.
Muzykę napisał Volker Bertelmann, montował Jon Harris, kostiumy zaprojektował Keith Madden. W drugim planie występują m.in. David Dencik, Max Minghella i Eddie Marsan. Za kamerą i w obsadzie stoi więc ekipa, która gwarantuje rzemiosło. Ryzyko nie leży w wykonaniu. Leży w samym kształcie opowieści.

Ocena DYGOTU: 72
Daję 72, bo „Clayface” wie, czym chce być, i podporządkowuje temu warsztat. Praktyczne efekty, realne Gotham i obsadzenie niemal nieznanego aktora w roli człowieka, któremu odebrano twarz, składają się w spójny projekt. Scena w samolocie pokazuje, że Watkins rozumie gatunek: groza bierze się tu z dotyku, ostrza i skóry, a nie z cyfrowej mgły. Wyżej nie pozwala mi pójść konstrukcja. Tragedia w trzech aktach z zapowiedzianym złamanym sercem i ścieżka zemsty mają mało miejsca na zaskoczenie, a obietnica rollercoastera kłóci się z ciężarem losu bohatera. To film, który odważniej niż poprzednicy z tego uniwersum zagląda pod skórę swojego potwora. Za mało jednak ryzykuje w samej opowieści, żeby być czymś więcej niż bardzo dobrze zrobionym horrorem z komiksowym rodowodem. W Ameryce Północnej trafił wyłącznie do kin 23 października, a jego międzynarodowa premiera ruszyła dwa dni wcześniej.



