Wtorek, 3 listopada 2026 RSS
Recenzja filmu

Clayface. Gotham dostało horror, w którym twarz aktora przestaje do niego należeć

72DobraClayface

Pierwszy film nowego DCU z kategorią R opowiada o aktorze, który traci twarz, a potem może przybrać każdą inną. James Watkins i Mike Flanagan zrobili z komiksowego złoczyńcy tragedię o ciele. Ich pomysł jest mocny, ale zostawia niewiele miejsca na zaskoczenie.

Piotr Olszewski

· 7 min czytania

Matt Hagen w Gotham. Film opiera horror na utracie tożsamości aktora. · Warner Bros. Pictures / DC Studios, kadr z oficjalnego zwiastuna

Jest w „Clayface” scena, którą sam reżyser nazywa jedną z najmocniejszych w scenariuszu. Matt Hagen siedzi w samolocie i odkrywa, że jego oczy zarosły mięsistymi pasmami. Żeby znów zobaczyć świat, musi je przeciąć nożyczkami. Do zbliżeń pracownia Legacy zbudowała gigantyczne oko i równie wielkie nożyczki, a na planie ludzie odwracali wzrok od monitora. W tym jednym obrazie mieści się cały film. Ciało bohatera przestaje go słuchać, a jedynym ratunkiem jest kolejne okaleczenie.

Uważam, że to najuczciwsza możliwa wizytówka tego projektu. „Clayface” nie udaje widowiska o superbohaterach z domieszką grozy. Jest body horrorem, czyli kinem, w którym strach bierze się z tego, co dzieje się z ciałem: z przemiany, rozpadu, utraty kontroli nad własną skórą. Gotham i komiksowy rodowód są tu scenografią. Treścią jest twarz.

Aktor bez twarzy

Matt Hagen zaczyna jako chłopak z ulic Gotham i dochodzi do pozycji hollywoodzkiej gwiazdy pierwszego planu. Karierę przerywa mu lokalny boss przestępczy, którego ludzie zostawiają go straszliwie oszpeconego. Oficjalny opis mówi o działaniach bossa, a w jednym z wywiadów mowa o zbirach. Zespół Matta odwraca się od niego, bohater zostaje z niczym i sięga po eksperymentalną terapię. Ta w cudowny sposób oddaje mu dawny wygląd, a potem zaczyna działać na jego głowę. Skóra zamienia się w glinę, Matt może przybrać wygląd dowolnej osoby, a jego kontakt z rzeczywistością słabnie. Prosta droga prowadzi stąd do zemsty, która pochłania wszystko.

W tym pomyśle podoba mi się, że jest bezwzględnie logiczny. Aktor żyje z twarzy. Jego kapitałem jest to, że widz go rozpoznaje, i to na tę twarz pracował przez całą drogę z ulicy na plakaty. Film najpierw mu ją odbiera, a potem daje dar, który jest zarazem przekleństwem: odtąd Matt może mieć każdą twarz, tylko nie wiadomo już, która jest jego. To metafora zawodu aktorskiego doprowadzona do granicy groteski. Clayface należy do galerii przeciwników Batmana, a dopiero teraz dostaje własny aktorski film.

Ten wybór dobrze się też łączy z obsadą. Dla Toma Rhysa Harriesa to pierwsza rola pierwszoplanowa. Watkins forsował go po przesłuchaniach, a James Gunn i Peter Safran poparli tę decyzję. Mało znany aktor gra człowieka, który właśnie wspiął się na szczyt sławy, a potem zostaje zredukowany do masy, z której można ulepić kogokolwiek. Widz nie przynosi na salę skojarzeń z wcześniejszymi głównymi rolami Harriesa, więc jego twarz jest dla nas równie nowa i nietrwała jak dla Matta. Nie wiem, czy ktoś to tak zaplanował. Działa to jednak na korzyść filmu.

Naomi Ackie jako lekarka prowadząca eksperymentalną terapię.
Naomi Ackie jako lekarka prowadząca eksperymentalną terapię. Warner Bros. Pictures / DC Studios, kadr z oficjalnego zwiastuna

Glina, która ma ciężar

Najmocniejszą decyzję Watkins podjął w warsztacie. Efekty na ciele i twarzy bohatera zrealizowano praktycznie: protetyką, charakteryzacją i rekwizytami zamiast cyfrowej obróbki dorysowanej po zdjęciach. Reżyser mówi otwarcie, że chciał, by aktorzy mieli przed sobą coś realnego i by sama protetyka zmieniała grę Harriesa i Naomi Ackie. Ackie występuje jako naukowczyni dr Caitlyn Corr.

To nie jest kaprys miłośnika dawnego kina. W body horrorze ciało jest głównym bohaterem, a cyfrowa glina ma zwykle jedną wadę: nic nie waży. Kiedy postać o skórze z gliny powstaje w komputerze, widz podświadomie wie, że nikt jej nie dotyka. Kiedy na twarzy aktora leży prawdziwa protetyka, zmienia się jego mimika, oddech i to, jak pochyla głowę. Gdy przemiana Matta ma być stopniowa, a film pokazuje ją krok po kroku, ta fizyczność staje się warunkiem sensu, a nie ozdobą. Scena z okiem i nożyczkami to najlepszy dowód. Gigantyczne rekwizyty do zbliżeń pochodzą z rzemiosła starych horrorów i kina efektów specjalnych sprzed ery cyfrowej. Wybór jest świadomie staroświecki i właśnie dlatego trafiony.

Ta sama logika obejmuje miasto. Zamiast budować Gotham na zielonym tle, ekipa kręciła w brytyjskich plenerach, przerabiała witryny sklepów i samochody, aż ulice zaczęły wyglądać jak komiksowa metropolia. Za zdjęcia odpowiada Rob Hardy, za scenografię James Price. Spójność jest tu dla mnie ważniejsza niż efekt sam w sobie: realna skóra bohatera wymaga realnego świata wokół niego. Gdyby Matt rozpadał się w protetyce, a za jego plecami lśniło wygenerowane miasto, groza by się rozjechała.

Przemoc uruchamia historię bohatera, który traci kontrolę nad własnym ciałem.
Przemoc uruchamia historię bohatera, który traci kontrolę nad własnym ciałem. Warner Bros. Pictures / DC Studios, kadr z oficjalnego zwiastuna

Tragedia w trzech aktach

Scenariusz ma dwóch autorów, Mike'a Flanagana i Hosseina Aminiego, ale historia jest Flanagana. To on napisał pierwszą wersję i chciał film wyreżyserować, zanim zajęły go inne projekty. Watkins wprowadził zmiany, choć uważa, że to wciąż zasadniczo opowieść Flanagana. Ten rodowód widać w samym zamyśle. Watkins opisuje tekst jako tragedię w trzech aktach, w której droga Matta kończy się złamanym sercem.

Tu jednak zaczynają się moje zastrzeżenia. Tragedia jest formą, która zdradza swój kierunek, zanim się rozpędzi. Wzlot, upadek, okaleczenie, cudowne ocalenie z ukrytą ceną, zemsta. Ten szkielet znam z dziesiątek opowieści o naukowcach i ich ofiarach, a także o artystach, którzy oddali za sławę więcej, niż mieli. Filmowi nie można zarzucić, że go ukrywa, bo sam definiuje się przez tę klasyczną konstrukcję. Problem polega na tym, że w historii, której zakończenie jest zapowiedziane w opisie gatunku, napięcie musi pochodzić z czegoś innego niż pytanie „co się stanie”. U Watkinsa niesie je ciało, nie fabuła. Wierzę w ten wybór, ale przyjmuję go z mieszanymi uczuciami: horror oparty na przemianie jest tak mocny jak jego najlepsze sceny, a bez nich zostaje dość przewidywalny wykres zemsty.

Jest też drugie napięcie, między tonem tragedii a obietnicą zabawy. Watkins mówi o rollercoasterze i o widzu, który ma się bawić, a nie wychodzić z kina. Kategoria R, przyznana za silną, krwawą przemoc, gore, wulgaryzmy, trochę nagości i krótkie zażywanie narkotyków, pozwala na dużo. Złamane serce w finale i radosna jazda po torze z gore to jednak dwa różne kontrakty z widzem. Twórca, który chce dotrzymać obu, chodzi po linie. Watkins ma za sobą „Eden Lake” i remake „Speak No Evil”, filmy, w których okrucieństwo nie miało w sobie niczego zabawnego. Tu chce dodać lekkość, a każda dawka lekkości odbiera tragedii trochę ciężaru.

Eksperymentalne leczenie w Clayface. Obietnica naprawy twarzy staje się kolejnym źródłem lęku.
Eksperymentalne leczenie w Clayface. Obietnica naprawy twarzy staje się kolejnym źródłem lęku. Warner Bros. Pictures / DC Studios, kadr z oficjalnego zwiastuna

Mniejszy film w wielkim uniwersum

„Clayface” ma też znaczenie, które wykracza poza sam ekran. To pierwszy film nowego uniwersum DC z kategorią R, zrobiony za budżet znacznie mniejszy niż wielkie produkcje w rodzaju „Supermana”. Studio Gunna i Safrana sprawdza na nim, czy pod jednym szyldem zmieszczą się zupełnie różne gatunki. Producentami są także Matt Reeves i Lynn Harris, film powstał w 6th & Idaho, a dystrybuuje go Warner Bros. Pictures. Watkins podkreśla, że dostał dużą swobodę twórczą i wsparcie.

Tę strategię uważam za najrozsądniejszą rzecz, jaką komiksowe kino zrobiło od dawna. Złoczyńca z drugiego szeregu, mniejsze pieniądze, autor horroru za kamerą i gatunek, który nie musi przypodobać się wszystkim. To kierunek odwrotny do przekonania, że każdy film z logo DC musi być wydarzeniem dla całej rodziny. Mniejsza skala pozwala na scenę, od której ekipa odwracała wzrok. W blockbusterze za kilkaset milionów taka scena nie przetrwałaby pierwszego pokazu testowego.

Jest i druga strona. Film, który ma udowodnić, że w uniwersum mieści się prawdziwy horror, łatwo zamienia się w pokaz możliwości: patrzcie, jak daleko można pójść. Watkins sam mówi o granicy, po której właściwej stronie chce się zatrzymać. To rozsądne, ale znaczy też, że ekstremalność jest tu mierzona i dawkowana, a nie wynika wyłącznie z historii.

Muzykę napisał Volker Bertelmann, montował Jon Harris, kostiumy zaprojektował Keith Madden. W drugim planie występują m.in. David Dencik, Max Minghella i Eddie Marsan. Za kamerą i w obsadzie stoi więc ekipa, która gwarantuje rzemiosło. Ryzyko nie leży w wykonaniu. Leży w samym kształcie opowieści.

Tom Rhys Harries w scenie szpitalnej. Kamera pozostaje blisko ciała bohatera.
Tom Rhys Harries w scenie szpitalnej. Kamera pozostaje blisko ciała bohatera. Warner Bros. Pictures / DC Studios, kadr z oficjalnego zwiastuna

Ocena DYGOTU: 72

Daję 72, bo „Clayface” wie, czym chce być, i podporządkowuje temu warsztat. Praktyczne efekty, realne Gotham i obsadzenie niemal nieznanego aktora w roli człowieka, któremu odebrano twarz, składają się w spójny projekt. Scena w samolocie pokazuje, że Watkins rozumie gatunek: groza bierze się tu z dotyku, ostrza i skóry, a nie z cyfrowej mgły. Wyżej nie pozwala mi pójść konstrukcja. Tragedia w trzech aktach z zapowiedzianym złamanym sercem i ścieżka zemsty mają mało miejsca na zaskoczenie, a obietnica rollercoastera kłóci się z ciężarem losu bohatera. To film, który odważniej niż poprzednicy z tego uniwersum zagląda pod skórę swojego potwora. Za mało jednak ryzykuje w samej opowieści, żeby być czymś więcej niż bardzo dobrze zrobionym horrorem z komiksowym rodowodem. W Ameryce Północnej trafił wyłącznie do kin 23 października, a jego międzynarodowa premiera ruszyła dwa dni wcześniej.

Następny tekstTurturro kradnie portfele w mieście bez gotówki. Segan kręci elegię dla analogowego Nowego JorkuStarzejący się kieszonkowiec, żona wymagająca opieki i pendrive, który wpada w niewłaściwe ręce. Noah Segan zrobił mały kryminał o tym, co zostaje z rzemiosła, gdy znika gotówka. Najlepiej wychodzi mu czułość, a najsłabiej przeciwnicy bohatera.

Czytaj też

Z Promptowego - blog o AI tego samego autora