
W piątek 30 października, w ćwierćfinale Erste Bank Open w Wiedniu, Daniił Miedwiediew pokonał Adriana Mannarino. Ten mecz nie trafi do żadnego podsumowania sezonu, a jednak to on zamknął najważniejszą sprawę jesieni. Rosjanin po raz siódmy w karierze zakwalifikował się do Nitto ATP Finals, czyli kończącego sezon turnieju najlepszych tenisistów roku. Od 15 do 22 listopada zagra w turyńskiej Inalpi Arenie, w której rok temu go zabrakło.
Gdyby chodziło tylko o siódmy awans, byłaby to notka do tabeli. W tej historii najwięcej znaczy jednak przerwa. Przez sześć sezonów z rzędu, od 2019 do 2024 roku, Miedwiediew był w finałach stałym elementem. Kibic przyzwyczaił się, że listopad bez niego się nie odbywa. Dopiero w 2025 roku nazwisko Rosjanina zniknęło z listy. Wraca więc ktoś, kogo przez moment można było uznać za zawodnika z przeszłością, a nie z przyszłością.
Sześć lat obecności, rok nieobecności
Seria sześciu kolejnych awansów jest w tenisie miarą regularności, nie przebłysku. Żeby co roku mieścić się w ścisłej czołówce rankingu sezonu, trzeba wygrywać od stycznia do listopada, na różnych nawierzchniach i kontynentach. Miedwiediew robił to przez całe sześć lat. Najlepiej wyszło mu to w 2020 roku, kiedy wygrał cały turniej. Rok później znów doszedł do meczu o tytuł, ale przegrał go z Aleksandrem Zverevem.
Jego bilans w imprezie wynosi 12 zwycięstw i 11 porażek. Na pierwszy rzut oka to dorobek przeciętny, jak na mistrza. W rzeczywistości pokazuje, jak wygląda ten turniej: przyjeżdża na niego wyłącznie elita, więc nie ma w nim łatwych meczów. Każde zwycięstwo jest wywalczone z kimś z czołówki, a każda porażka zadana przez kogoś, kto przez cały rok też wygrywał. Dodatni bilans przy sześciu startach to w takim towarzystwie wynik solidny, choć nie przytłaczający.
Rok 2025 przerwał tę ciągłość. Turyn się odbył, a Miedwiediew oglądał go z zewnątrz. Dla zawodnika, który od lat był pewniakiem, taka przerwa ma wymiar symboliczny. W tenisie łatwo przypiąć komuś łatkę zjeżdżającego z góry weterana. Wystarczy jeden słabszy sezon, gdy obok rosną młodsi. Trzydziestoletni zawodnik słyszy pytanie o schyłek częściej, niż chciałby.

Sezon, który zaczął się od pierwszego dnia
Odpowiedź Miedwiediewa przyszła od razu, w pierwszym turnieju roku. Wygrał w Brisbane i nie zwolnił. Potem dołożył tytuły w Dubaju, Hangzhou i Ałmaty. Cztery trofea w jednym sezonie to dla niego nie nowość, bo zdobył tyle już po raz czwarty w karierze. Ma ich teraz łącznie 25 w głównym cyklu. Jest jednak różnica między kolejnym udanym rokiem w szczycie formy a takim, który następuje po wypadnięciu z elity. Ten drugi znaczy więcej, bo przeczy diagnozie.


Liczby to potwierdzają. Miedwiediew przekroczył w tym sezonie granicę 50 zwycięstw, czego nie zrobił od 2023 roku. Pięćdziesiąt wygranych meczów oznacza grę w turniejach do końca: półfinały, finały, mało wczesnych pożegnań. To nie jest dorobek zawodnika, który żyje z pojedynczych dobrych tygodni.
Najmocniejszy sygnał przyszedł jednak z Indian Wells, z turnieju rangi ATP Masters 1000. Rosjanin dotarł tam do finału, a w półfinale pokonał Carlosa Alcaraza. Z perspektywy listopada ten mecz waży więcej niż którekolwiek z czterech trofeów. Tytuły w Hangzhou czy Ałmaty pokazują formę, ale wygrana z Alcarazem pokazuje, że Miedwiediew wciąż potrafi pokonać najlepszych. A w Turynie będzie grał właśnie z nimi.
Warto pamiętać o warunkach fizycznych, które od lat definiują jego tenis. Prawie dwa metry wzrostu, praworęczny.
Turyn bez gospodarza
Stawkę zmienia też to, kto przyjedzie do Turynu. Kwalifikację mają już Aleksander Zverev, Carlos Alcaraz i Ben Shelton. Zakwalifikował się także Jannik Sinner, ale z powodu kontuzji nie wystąpi. To okoliczność, której nie da się zignorować. Włoch był największą atrakcją turyńskiej imprezy, bo grał u siebie, przed własną publicznością. Bez niego turniej traci gospodarza, a pozostali zyskują o jednego groźnego rywala mniej.
Miedwiediewa ta zmiana dotyczy szczególnie. Z Zverevem łączy go finał z 2021 roku, który Rosjanin przegrał. Z Alcarazem ma świeże zwycięstwo z Indian Wells. Przyjeżdża więc do Turynu z argumentami przeciwko obu faworytom. Zawodnik, który wygrał turniej w 2020 roku, nie musi się uczyć, jak to się robi.
Pełna lista uczestników jeszcze nie jest znana. Wyścig do Turynu kończy się po paryskim Rolex Paris Masters, ostatnim turnieju Masters 1000 w sezonie. Do tego czasu zawodnicy z dalszych miejsc walczą o ostatnie przepustki, a wielu z nich grało w minionym tygodniu w Bazylei i Wiedniu, w turniejach rangi ATP 500. Miedwiediew ten problem ma z głowy od piątku. Mógł dograć Wiedeń bez presji, którą w tym samym czasie dźwigali rywale.
Ta przewaga może się przydać. Kto zapewnia sobie awans wcześniej, ten może rozłożyć siły pod listopad, zamiast spalać się w ostatniej chwili o punkty. W sezonie, w którym Miedwiediew rozegrał już ponad pięćdziesiąt zwycięskich meczów, świeżość może zdecydować o tym, czy Turyn będzie dla niego tylko powrotem, czy kolejnym rozdziałem po 2020 roku.
Przerwa z 2025 roku wyglądała wtedy jak początek zjazdu. Dziś bardziej przypomina pauzę między dwoma etapami tej samej kariery. Sprawdzian zacznie się 15 listopada w Inalpi Arenie, dokąd Miedwiediew wraca, kiedy w turnieju nie ma jego gospodarza.
Źródła (1)
- ATP - kwalifikacja Miedwiediewa do finałów sezonu, dostęp 3 listopada 2026



