Poniedziałek, 2 listopada 2026 RSS
Kosmos

378 dni na niby. Czwórka ochotników NASA wyszła z marsjańskiego domu w Houston

W sobotę 31 października cztery osoby opuściły wydrukowany w 3D habitat w Centrum Lotów Kosmicznych im. Johnsona. Przez ponad rok udawały, że mieszkają na Marsie. NASA sprawdzała na nich to, czego nie da się przetestować w tunelu aerodynamicznym: człowieka.

Piotr Olszewski

· 6 min czytania

Załoga drugiej misji CHAPEA po roku w habitacie: od lewej James Spicer, Matthew Montgomery, Ellen Ellis i Ross Elder. Za nimi ściana z warstw wyciśniętego przez drukarkę materiału · Fot. NASA, domena publiczna

Drzwi otworzyły się w sobotę 31 października, w Halloween. Na zewnątrz, w hali Centrum Lotów Kosmicznych im. Johnsona w Houston, czekały rodziny, pracownicy NASA i astronauta Jack Hathaway, który przywitał wychodzących jedynym pasującym do daty zdaniem: „Cukierek albo psikus”. Ellen Ellis, oficer medyczna załogi, powiedziała do mikrofonu, że to był „piekielny rok”, a swoją czwórkę nazwała analogowymi astronautami, którzy żyli w niewoli z własnej woli.

Ta niewola trwała 378 dni. Ross Elder, Ellen Ellis, Matthew Montgomery i James Spicer weszli do habitatu Mars Dune Alpha 19 października 2025 roku i przez ponad rok nie wychodzili z niego inaczej niż w skafandrach, na czerwony piasek rozsypany w tym samym budynku. Z rodzinami pisali wyłącznie maile, a te szły z opóźnieniem takim, jakie miałaby wiadomość z Marsa. To druga taka misja w programie CHAPEA. Pierwsza czwórka wyszła z tego samego domu 6 lipca 2024 roku, także po 378 dniach.

Po co komuś rok zabawy w Marsa w Teksasie? Bo w całym planie lotu na Czerwoną Planetę najmniej przetestowanym podzespołem pozostaje człowiek. Rakietę można spalić na stanowisku próbnym, skafander rozerwać w komorze ciśnieniowej. Sprawdzić, jak czworo ludzi zniesie rok monotonnego jedzenia, awarii i odcięcia od Ziemi, da się tylko w jeden sposób: zamknąć ich i patrzeć.

Dom z drukarki

Mars Dune Alpha ma około 1700 stóp kwadratowych, czyli niespełna 160 m². To mniej więcej tyle co parterowy dom pod miastem, tyle że dla czterech osób na ponad rok, z pracownią, gabinetem lekarskim i ogrodem w środku. Ściany wydrukowała firma ICON maszyną Vulcan z mieszanki nazwanej lavacrete. Widać to na każdym zdjęciu: ściany są prążkowane jak ułożone na sobie wałki ciasta, bo drukarka nakładała materiał warstwa po warstwie, tak jak mógłby to kiedyś robić robot z marsjańskiego gruntu.

Projekt przygotowała pracownia BIG Bjarke Ingelsa i ułożyła go według stopnia prywatności. Na jednym końcu są cztery osobne kajuty, na drugim stanowiska pracy, gabinet medyczny i uprawy, a pośrodku część wspólna z kuchnią. Sufity mają różne wysokości, a meble dają się przestawiać, żeby przestrzeń nie zlała się w jeden korytarz. Architekci wprost pisali, że chodzi o walkę z monotonią i zmęczeniem załogi. W takim domu monotonia to nie kwestia gustu. To zagrożenie dla misji.

Za śluzą zaczyna się „Mars”: hala wysypana czerwonym piaskiem, z fototapetą skał na ścianach. Tam załoga wychodziła na spacery w kombinezonach z hełmami, zbierała próbki geologiczne, naprawiała sprzęt, budowała infrastrukturę. Dłuższe trasy pokonywała w goglach wirtualnej rzeczywistości, idąc po bieżni. Montgomery, z wykształcenia inżynier elektryk, a z zawodu właściciel firmy produkującej filmy w Los Angeles, tłumaczył, że w przeciwieństwie do stacji kosmicznej na Marsie spacery mogą być codziennością. „Sprawdzaj wszystko. To dobre i dla danych, i dla bezpieczeństwa” - mówił portalowi swojej uczelni, University of Central Florida.

James Spicer podczas symulowanego spaceru geologicznego. Czerwony piasek i skalne tło są w tej samej hali co habitat
James Spicer podczas symulowanego spaceru geologicznego. Czerwony piasek i skalne tło są w tej samej hali co habitat Fot. NASA, domena publiczna

Czterdzieści minut na odpowiedź

Najbardziej marsjański w całej misji był czas. Sygnał radiowy z Marsa leci do Ziemi, w zależności od położenia planet, od kilku do ponad 20 minut. W habitacie odtwarzano to opóźnienie, więc na pytanie zadane centrum kontroli odpowiedź przychodziła po kilkudziesięciu minutach. NASA w różnych komunikatach podawała je różnie, raz jako 22 minuty, raz jako do 45 minut w jedną stronę. Dla załogi skutek był ten sam: nikt nie poprowadzi jej za rękę przez awarię. Jeśli w trakcie naprawy coś pójdzie nie tak, czeka się albo decyduje samemu.

Około dwusetnego dnia, w maju, łączność urwała się zupełnie. Przez dwa tygodnie załoga nie miała żadnego kontaktu z centrum kontroli. Tak wygląda koniunkcja, czyli moment, gdy Mars chowa się za Słońcem i rozmowa z Ziemią staje się niemożliwa. Na prawdziwej wyprawie zdarzy się to na pewno, więc lepiej wiedzieć zawczasu, czy czworo zmęczonych ludzi poradzi sobie z samymi procedurami spisanymi wcześniej.

Do tego dochodziły awarie sprzętu wpisane w scenariusz przez badaczy. Na zdjęciach z misji widać, jak Elder i Ellis w kombinezonach naprawiają coś na zewnątrz, jak załoga serwisuje stacjonarny rower treningowy, jak Spicer i Montgomery pobierają krew do badań. Spicer, Brytyjczyk, na co dzień dyrektor techniczny w branży lotniczej i obronnej, był inżynierem pokładowym. Ellis, na co dzień pułkownik amerykańskich Sił Kosmicznych, z wykształcenia specjalistka od zarządzania kryzysowego, była oficer medyczną. Załoga testowała m.in. przenośny zestaw diagnostyczny z ośrodka NASA Glenn, który ma pozwolić opanować nagły wypadek bez konsultacji z Ziemią na żywo.

Ellen Ellis z goglami na głowie wykonuje z Rossem Elderem zadanie medyczne. Lekarz z Ziemi na Marsie nie podpowie na bieżąco
Ellen Ellis z goglami na głowie wykonuje z Rossem Elderem zadanie medyczne. Lekarz z Ziemi na Marsie nie podpowie na bieżąco Fot. NASA, domena publiczna

Papryka zamiast menu

Jedzenie było jednym z głównych tematów badań już w pierwszej misji. Tamta załoga, której dowodziła biolożka Kelly Haston, żyła na ograniczonym, „marsjańsko realistycznym” systemie żywności: gotowe, długo trwałe racje plus to, co udało się wyhodować. Każdy posiłek był zapisywany, a ochotnicy oddawali krew, ślinę i mocz, sprawdzano też ich sen oraz sprawność fizyczną i umysłową. Chodzi o rzecz bardzo przyziemną. Z jedzenia, które smakuje identycznie przez rok, ludzie zaczynają po prostu mniej jeść, a niedożywiony astronauta gorzej myśli i gorzej znosi wysiłek. NASA nazywa to zmęczeniem menu. Świeża sałata z hydroponiki ma je łagodzić.

Ross Brockwell, inżynier z pierwszej załogi, wspominał potem w magazynie Caltechu wdzięczność za „świeże warzywa”. Druga misja hodowała je w systemie hydroponicznym, a na zdjęciach z lipca widać w nim dojrzałą paprykę. Badacze piszą wprost, że dane z obu misji mają pokazać, jak ograniczone jedzenie i ograniczony sprzęt do ćwiczeń przełożą się na zdolność załogi do wykonania zadań, łącznie ze spacerami po powierzchni Marsa. Prościej mówiąc: czy po roku na racjach człowiek nadal ma siłę wyjść ze śluzy i przenieść skrzynkę z próbkami.

Papryka w hydroponicznym ogródku habitatu, pod lampami LED. Świeże warzywa miały przełamywać monotonię racji
Papryka w hydroponicznym ogródku habitatu, pod lampami LED. Świeże warzywa miały przełamywać monotonię racji Fot. NASA, domena publiczna

Program jest zaprojektowany tak, żeby porównywać kolejne załogi. NASA zapowiadała, że dopiero dane z wszystkich misji pozwolą jej ocenić ryzyko związane z planowanym systemem żywności. Brockwell mówił o czymś, czego nie zmierzy żadna ankieta: po roku bez nieba i świeżego powietrza „samo stanie w słońcu było niesamowite”.

Następny habitat

Analogowe misje nie są amerykańską specjalnością. W Pile w dawnym hangarze wojskowym działa stacja LunAres, habitat o powierzchni około 150 m², w którym zamykane są międzynarodowe załogi. Tamtejsze misje trwają jednak zwykle dwa-trzy tygodnie, jak czerwcowa Libra, w której uczestnicy spędzili w zamknięciu dwa tygodnie bez okien, z dniem wyznaczanym przez lampy LED.

Czwórka z Houston ma przed sobą jeszcze dwa tygodnie badań i rozmów z naukowcami. Następny krok agencja już ogłosiła. Nie wcześniej niż w sierpniu 2027 roku ruszy misja, która połączy CHAPEA z drugim symulatorem z Houston, habitatem HERA. Nowa załoga spędzi najpierw czas w ciasnym, dwupiętrowym module udającym statek w drodze, a dopiero potem przejdzie do drukowanego domu na „powierzchni”. Ochotnicy znów oddadzą rok życia. Tym razem po to, żeby NASA zobaczyła, w jakim stanie człowiek dociera na Marsa, zanim w ogóle zacznie na nim pracować.

TematyKosmos
Źródła (15)
Następny tekstJaponia poleciała po kamień z Fobosa. Start MMX udał się co do sekundyPo dwóch porażkach rakieta H3 wyniosła w stronę Marsa sondę, która ma przywieźć na Ziemię co najmniej 10 gramów gruntu z Fobosa. Wokół same zapowiedzi i wnioski o setki startów, a w Tanegashimie jedyny rachunek, który już się zamknął.

Czytaj też

Z Promptowego - blog o AI tego samego autora